Chirurdzy. Opowieści prawdziwe



Poznaj autentyczne historie z sal operacyjnych, izb przyjęć i sal zabiegowych, w których pracują chirurdzy! Tego nie zobaczysz w żadnym serialu!

Lech Mucha, chirurg z wieloletnim stażem, w tej zupełnie niezwykłej książce postanowił podzielić się z czytelnikami opowieściami z pierwszej linii frontu codziennej walki o życie i zdrowie pacjentów. Walkę tę toczy nie w luksusowych salach operacyjnych, znanych z popularnych seriali, lecz naprawdę w warunkach pola bitwy, bo w zwykłym szpitalu powiatowym. Mimo takich niefilmowych realiów historie, które opowiada, z pewnością mogłyby się stać scenariuszem zarówno na trzymający w napięciu thriller, wzruszający film obyczajowy, jak i znakomitą komedię.

Chirurdzy to jednak nie tylko zbiór świetnie napisanych opowieści i przezabawnych anegdot. Każdy rozdział autor kończy zestawem ciekawostek z historii medycyny, a także fachowych wskazówek, jak poradzić sobie z  sytuacjami zagrażającymi zdrowiu i życiu, śmiesznymi tylko wtedy, gdy mają szczęśliwe zakończenie. Książka – którą przekazujemy w ręce czytelników z przekonaniem, że jej lektura będzie naprawdę wciągająca – to również piękne świadectwo wiary i budzącej szacunek postawy lekarza, który otrzymany od Boga talent dzięki swej ciężkiej pracy codziennie pomnaża, z poświęceniem wprowadzając w życie słowa z ewangelii św. Mateusza:

„I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych”.

Lech Mucha – absolwent Śląskiej Akademii Medycznej, specjalista chirurgii ogólnej. Doświadczenie zawodowe zdobywał w szpitalach  w Zabrzu, Pyskowicach i Bytomiu. Poza salą operacyjną motocyklista, bloger i publicysta dwutygodnika „Polska Niepodległa”. Od 25 lat szczęśliwy mąż, a także ojciec dwójki dorosłych już dzieci.

Zapraszamy do zobaczenia programu Barykada z udziałem Lecha Muchy:

Fragment książki

Wstęp czyta autor:

Każdy głupi może wiedzieć. Sedno to… zrozumieć.
Albert Einstein

Asystent – krótko ostrzyżony facet w okularach, około czterdziestki – wszedł do sali, w której odbywały się zajęcia. Miał ze sobą duże, metalowe wiadro z przykrywką. Widać było po wysiłku, z jakim je niósł, że było pełne. Wstaliśmy wszyscy i przywitali się nierównym „dzień dobry”.
Dzień dobry państwu – odpowiedział doktor, stawiając wiadro na podłodze obok dużego, kwadratowego stołu, wokół którego siedziała nasza grupa studentów drugiego roku wydziału lekarskiego. Było nas, o ile dobrze pamiętam, jakieś dziesięć osób.
Pierwsze kilkadziesiąt sekund asystent poświęcił na sprawdzenie listy obecności, po czym podniósł pokrywkę wiadra i zwrócił się do mnie, siedzącego najbliżej:
Ma pan, kolego, jakieś skaleczenia na rękach?
Nie mam – odpowiedziałem cokolwiek zdziwiony.
Wobec tego zechce pan wyjąć preparat.
Na samym dnie wiadra wypełnionego po brzegi formaliną znajdowała się ludzka głowa. Nie miałem wielkiego wyboru i chcąc nie chcąc zanurzyłem ręce aż po łokcie i wyjąłem ociekający formaliną preparat. Nie było mowy o żadnych rękawiczkach. Mogłem tylko umyć ręce nad umywalką. Gdy już głowa wylądowała na blacie stołu i wszyscy studenci skupili się wokół niej, zaczęły się ćwiczenia z anatomii.
Anatomia i fizjologia to dwie wielkie dziedziny wiedzy medycznej, dwa bardzo obszerne przedmioty teoretyczne. Trzeba je zgłębić, zanim rozpocznie się naukę przedmiotów klinicznych. To klucze do zrozumienia zasad działania organizmu człowieka. Bez gruntownej znajomości anatomii i fizjologii nie da się poznać choroby ani nie da się z nią walczyć!
Anatomię prawidłową człowieka poznawaliśmy, ucząc się i ćwicząc na ludzkich zwłokach. Początkowo nas nieco onieśmielały, później przyzwyczajaliśmy się tak do mdlącego, wszechobecnego zapachu formaliny, jak i do widoku ludzkich szczątków w bardzo różnym stanie rozpreparowania. Prowadzący zajęcia asystenci od samego początku zwracali nam uwagę, że mamy do czynienia z ciałami ludzi, i wymagali od nas szacunku dla nich. Znane mi są różne opowieści o tym, co robili studenci z fragmentami ludzkich ciał, ale proszę mi wierzyć, że w moim bezpośrednim otoczeniu nie wydarzyło się nic, co narażałoby na szwank godność człowieka. Zajęcia z anatomii trwały wtedy dwa lata i kończyły się trudnym egzaminem, składającym się z dwóch części: z tak zwanych szpilek i z teorii. Pierwsza część odbywała się w amfiladzie pomieszczeń Zakładu Anatomii Prawidłowej naszej uczelni. Na dużych stołach porozkładano preparaty anatomiczne – wypreparowane fragmenty ludzkich narządów z powbijanymi w różnych miejscach szpilkami, które były oznaczone numerami. Zadaniem zdającego było zapisanie na kartach egzaminacyjnych nazw polskich i łacińskich wszystkich organów bądź narządów wskazanych za pomocą stu szpilek. Lekko nie było. Czasem nie wiadomo było dokładnie, co miał na myśli asystent wbijający szpilkę… A egzamin teoretyczny był znacznie trudniejszy.
Podręcznik, z którego uczyliśmy się do egzaminu, Anatomia człowieka Adama Bochenka i Michała Reichera, składał się z pięciu grubych tomów o łącznej liczbie 3328 stron. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że nauczyłem się go na pamięć, niemniej jednak przed przystąpieniem do egzaminu z anatomii sporą część tej wiedzy trzeba było posiąść.
Oprócz ćwiczeń w programie zajęć z anatomii była również seria wykładów, ale nie wszyscy studenci zaszczycali je swoją obecnością. Wśród studentów mojego roku krążyła opowieść o naszej koleżance, studentce, której kiedyś, gdy przechodziła akurat korytarzem obok Zakładu Anatomii Prawidłowej, nagle okropnie zachciało się sikać. Niewiele się zastanawiając, spróbowała się tam dostać, żeby znaleźć toaletę. Niestety drzwi były zamknięte. Niecierpliwie nacisnęła dzwonek. Po krótkiej chwili drzwi się otwarły i stanął w nich szpakowaty mężczyzna średniego wzrostu w lekko szarawym fartuchu.
Niech mi pan szybko pokaże ubikację – powiedziała dość bezpośrednio, myśląc, że mówi do kogoś w rodzaju woźnego – bo się zaraz posikam.
Proszę pani, ja nie po to zostałem profesorem, żeby studentom pokazywać toalety! – odpowiedział równie bezpośrednio szef zakładu i zamknął zaskoczonej studentce drzwi przed nosem. Historia milczy na temat dalszych losów studentki, jej pęcherza moczowego i tego, czy zdała egzamin z anatomii.


PS
Przez wieki anatomowie ponazywali unikalnymi nazwami wszystko, co się tylko w człowieku dało nazwać. Zadbano o to, by nazewnictwo było niepowtarzalne, jednoznaczne i usystematyzowane. Dlatego anatomia jest właściwie nauką ścisłą.
Weźmy dla przykładu jedną z najbardziej rozpoznawalnych kości, jaką jest łopatka, i przyjrzyjmy się jej jak anatomowie.
Anatom, patrząc na łopatkę, powie, że ma ona powierzchnię przednią, czyli żebrową, i tylną, czyli grzbietową, trzy brzegi: górny, środkowy i boczny oraz trzy kąty w miejscach łączenia się brzegów: górny, boczny i dolny. Zagłębienie na powierzchni żebrowej nazywa się dołem podłopatkowym, a na powierzchni grzbietowej znajduje się grzebień łopatki, zakończony spłaszczonym od góry ku dołowi wyrostkiem barkowym. Na końcu wyrostka barkowego znajduje się powierzchnia stawowa dla połączenia z końcem barkowym obojczyka. Grzebień dzieli powierzchnię tylną łopatki na dwa doły: nadgrzebieniowy i podgrzebieniowy. Na górnym brzegu łopatki spostrzec można wcięcie łopatki sąsiadujące z wyrostkiem kruczym. Na kącie bocznym łopatki znajduje się wydrążenie stawowe oddzielone szyjką. Wydrążenie to stanowi panewkę stawu barkowego… I tak dalej, i tak dalej… A kości w organizmie człowieka jest nieco ponad dwieście!
Uczyliśmy się też polskich i łacińskich nazw wszystkich mięśni człowieka. Musieliśmy wiedzieć, gdzie każdy z nich się przyczepia i jaka jest jego funkcja. A mięśni u człowieka jest prawie pięćset.
Dalej idą naczynia tętnicze i żylne, każde trzeba było nazwać dwiema nazwami, wiedzieć, od jakiego grubszego naczynia odchodzi, jak biegnie, na co się dzieli, jaki obszar zaopatruje. Potem ośrodkowy i obwodowy układ nerwowy. Mózg, rdzeń kręgowy, nerwy obwodowe. Nazwy, przebieg, działanie…
Potem była nauka od drugiej strony. Anatomia kończyny górnej jako całości: wzajemny układ kości, stawów, mięśni, naczyń, nerwów. I w ten sam sposób uczyliśmy się reszty ciała – kończyny dolnej, tułowia, głowy…
Czasem wspomagaliśmy się mnemotechniką. Żeby zapamiętać nazwy ośmiu małych kosteczek tworzących nadgarstek, ułożonych w dwóch szeregach, z których bliższy, licząc od strony kciuka, tworzą kości: łódeczkowata, księżycowata, trójgraniasta i grochowata, a dalszy: czworoboczna większa, czworoboczna mniejsza, główkowata i haczykowata, wystarczyło zapamiętać następujący wierszyk:

Łódka płynie, Księżyc świeci, Trójgraniasty Groszek leci,
Na Trapezie, Trapeziku, wisi Główka na Haczyku.

Przy czym, żeby nie było za łatwo, słowa „trapez” i „trapezik” odnoszą się do łacińskich nazw kości czworobocznych: większej i mniejszej (os trapezium, os trapezoideum).
Stosowanie jednoznacznych nazw anatomicznych umożliwia nam formułowanie jasnych opisów zmian obserwowanych u chorych. Wszelkie opisy anatomiczne odnoszą się do człowieka w pozycji stojącej, tak jak na rysunku.

Pozycja opisu anatomicznego
Pozycja opisu anatomicznego

Na zdjęciu klatki piersiowej poniżej strzałka wskazuje okrągły, biały „cień” widoczny w górnym polu jednego płuca.

RTG płuc
RTG płuc

Proszę odpowiedzieć na pytanie: po której stronie jest ten cień? Większość ludzi, którzy nie mają za sobą kursu anatomii, powie, że cień widoczny jest po prawej stronie. Ci, którzy zdali egzamin z anatomii, nawet obudzeni w środku nocy, odpowiedzą bez wahania, że cień znajduje się po lewej. My, lekarze, stosując się do zasad opisu zgodnych z kanonami anatomii, widzimy na tym zdjęciu „człowieka” tak, jakby stał on przodem w naszą stronę. Zatem cień znajduje się na lewym płucu chorego. Radiolog opisałby powyższe zdjęcie mniej więcej tak: „W górnym polu lewego płuca widoczny jest owalny cień o średnicy…”.
Patrząc na prześwietlenie płuc, dzięki temu, że serce jest tylko po jednej stronie, możemy łatwo dojść do tego, która strona zdjęcia, a ściślej mówiąc, która strona sfotografowanego człowieka jest prawa, a która lewa, ale proszę spojrzeć na ilustrację na poprzedniej stronie.

RTG czaszki (1)
RTG czaszki (1)

Ze zdjęcia czaszki nijak nie wynika, która strona jest prawa, a która lewa. Można je powiesić na negatoskopie tak jak powyżej lub tak jak poniżej.

RTG czaszki (2)
RTG czaszki (2)

To dokładnie to samo zdjęcie, tylko w lustrzanym odbiciu. Który zatem obraz jest prawidłowy? Gdyby widoczne były jakieś zmiany, to skąd radiolog mógłby widzieć, po której stronie się znajdują?
Do identyfikacji prawej i lewej strony na zdjęciach rentgenowskich służy, jak już może zauważyli uważni czytelnicy, mała literka widoczna u góry zdjęcia.
Spójrzmy więc na pierwsze zdjęcie jeszcze raz.
„R” widoczne u góry oznacza prawą stronę pacjenta. Technik, który wykonywał zdjęcie temu pacjentowi, położył na kasecie z filmem albo obok pacjenta ołowianą literkę „R” (równie dobrze mógł położyć „L” po lewej stronie) i tym samym jednoznacznie wskazał strony: prawą i lewą. Dlatego „R” jest po lewej stronie! Jeśli wyobrazimy sobie, że to zdjęcie, to nie zwykłe, jakieś tam zdjęcie, ale stojący przed nami człowiek, to przecież po lewej będziemy widzieli jego prawą stronę!
Niezależnie od tego, jak w czasie zabiegu ułożony jest pacjent, lekarze – w każdym razie ci, którzy nie spali na ćwiczeniach z anatomii i którzy swych akademickich nauczycieli prosili o naukę, a nie o wskazanie toalety – zawsze tak samo jednoznacznie określają kierunki. Jeśli na przykład operujemy brzuch pacjenta, który – jak wiadomo – w czasie zabiegu leży na plecach, to mówiąc „góra brzucha”, mamy na myśli tę część, która jest górą u pacjenta stojącego, a „dół brzucha” oznacza okolicę kości miednicy, chociaż w czasie zabiegu obie te okolice, górna i dolna, znajdują się na tej samej wysokości. Jeśli opisując badanie ultrasonograficzne brzucha, zauważę na przykład guza w wątrobie, powinienem jak najdokładniej opisać jego wygląd, echogeniczność, kształt i rozmiary i jednoznacznie wskazać jego lokalizację. Muszę określić, w którym segmencie którego płata wątroby znajduje się zmiana, po to, by lekarz planujący leczenie operacyjne mógł na podstawie tych wyników zrobić to jak najlepiej. Stosowanie jednoznacznych określeń anatomicznych jest niezbędne również przy sporządzaniu wszelkiego rodzaju opisów ran, uszkodzeń i obrażeń ciała na potrzeby policji, prokuratury i sądów. Zanim dojdzie do rozprawy, obrażenia mogą się bez śladu wygoić, ale jeśli opisy zostały sporządzone starannie i zgodnie z zasadami mianownictwa anatomicznego, biegły sądowy, który dostanie do ręki dokumentację medyczną, nie będzie miał problemu z wyrobieniem sobie opinii na temat rozległości i lokalizacji obrażeń. O ile oczywiście przeczyta to, co jego kolega nabazgrał.

Recepta
Recepta

Dodaj komentarz